Drugi dzień w szkole zdawał się być przyjemniejszy. Dlaczego? Otóż już na parkingu dostrzegłam wszystkich moich nowo poznanych znajomych, z wyjątkiem jednej: Lauren. Była to niesamowita ulga. Jej nieobecność świadczyła tylko o jednym – dzień wolny od przypinek, uf. Zaparkowałam w tym samym miejscu co wczoraj i wysiadłam zabierając torbę z sąsiedniego siedzenia
-hej Am ! – usłyszałam gdy tylko stanęłam na ziemi, w odpowiedzi pomachałam im na przywitanie po czym chwyciłam za drzwi prawą ręką i z całej siły nimi trzasnęłam co w związku z brakiem koordynacji i śliską nawierzchnią skończyło się moim upadkiem
-cholera jasna! –wydarłam się łapiąc za lewą rękę, na której wylądowałam
-nic ci nie jest Am? – spytała z paniką podbiegając do mnie Amber
-nieee.. – mruknęłam podnosząc się z ziemni – AUĆ ! –niestety nie był to koniec niespodzianek, podnosząc się zahaczyłam głową o otwierające się ponownie drzwiczki, złapałam się w miejscu z którego rozchodził się ból i zamarłam czując ciepłą, charakterystyczną substancję.
-Amanda nie ruszaj się, błagam nie ruszaj się, zieleniejesz. Mike !
-co je.. o matko, Amanda jak się czujesz?! Słyszysz mnie? – podbiegł jeszcze bardziej panikując Mike, a zaraz za nim chyba połowa parkingu.
-Amy? Puśćcie mnie. Halo, Amy. Co jej się stało? – nagle z tłumu wyłonił się piękny grecki bóg, idealny, o wspaniałych jasnobrązowych oczach, rudych nieharmonijnie ułożonych włosach i pięknej, proporcjonalnej, umięśnionej sylwetce.
-eeee... – nie dało się nie usłyszeć dezorientacji w głosie Amber, która zdumiona nie potrafiła wydusić z siebie ani słowa
-Co jej się stało?! – powtórzył z irytacją w głosie grecki bóg, starając się sprowadzić ją na ziemię, może mi się wydawało, ale chyba unosząc przy tym kąciki ust, jakby w szelmowskim uśmiechu
-zamykała drzwi od samochodu, upadła na złamaną rękę, podnosiła się i uderzyła głową o drzwiczki i po prostu pozieleniała, w ogóle nie wiem czy nas słyszy. Amy ?! Am ?! Amanda błagam ..! –zaczęła mówić nadnaturalnie szybko, starając się przekazać jak najwięcej informacji cały czas wlepiając zdumiony wzrok w postać anioła
-ok, ok spokojnie. Zróbcie przejście, trzeba ją zabrać do pielęgniarki - wziął mnie na ręce
-dałbym radę.. – syknął Mike
-nie wątpię, weźcie jej torbę i zamknijcie samochód. Będziemy u pielęgniarki. Am słyszysz mnie? – usłyszałam tuż nad uchem cichy, melodyjny, męski szept
-.. tak.. co się stało, gdzie ja jesteeem… ? – powieki nadal były zbyt ciężkie, zamykały się co chwilę, przysłaniając moje oczy mgłą, świat mimowolnie wirował we wszystkich kierunkach świata naraz, a temperatura nagle jeszcze bardziej spadła, powodując na moim ciele dreszcze.
-uderzyłaś się w głowę wysiadając z samochodu, jest ci zimno? – spytał z troską i jakby wyrzutem patrząc mi w oczy
-trosze..ecz-czke.. –skłamałam tak by zabrzmiało to jak najbardziej przekonująco
-nie lubisz krwi co? – zaśmiał się otwierając jedną ręką drzwi
-nienawidzę, śmierdzi.. – na samą myśl zrobiło mi się nie dobrze, co starałam się zatamować zakrywając szczelnie usta dłonią. Widząc moją reakcję zakończył swój wywiad. Po chwili znajdowaliśmy się już w pokoju pielęgniarki. Gdy tylko nas zobaczyła stanęła jak wryta, po czym wskazała kozetkę przykrytą białymi papierami
-połóż ją chłopcze, co jej się stało?
-wysiadając z samochodu upadła na złamaną rękę, następnie uderzyła głową w drzwi swojego samochodu rozcinając sobie jednocześnie czoło.. –wyrecytował jakby całą opowieść sytuacji opowiedzianą mu wcześniej przez Amber- .. ah, no i zielenieje na widok krwi –dorzucił jakby od niechcenia siadając na krześle w przeciwnym kącie gabinetu
-no tak, zdarza się… powiedz mi jak się nazywasz i jak się czujesz? – podeszła i zaczęła przyglądać się mojej ranie, nagle kropla krwi spłynęła tuż obok mojego oka. Odruchowo przetarłam ją ręką
-Aaa.. -zaczęłam jednak na niic więcej nie był mnie stać gdyż pod powiekami zrobiło się całkowicie ciemno
-no nareszcie, jak się czujesz Amando?
-dobrze.. co się stało? – z przerażeniem rozejrzałam się po pomieszczeniu starając się nie zwracać uwagi na nieprzyjemny zapach roznoszący się po pomieszczeniu
-zemdlałaś kochanie na widok krwi. Rozcięcie co prawda nie było duże ale wolałabym żebyś zgłosiła się z tym do szpitala, bo na razie założyłam tylko prowizoryczny opatrunek
-tylko nie szpital, błagaaam ..
-twój kolega wyszedł co prawda na zewnątrz ale zaoferował się że zawiezie cię do lekarza – ciągnęła jakby nie słysząc mojego sprzeciwu, coś jednak przykuło moją uwagę
-mój kolega? – zdziwiłam się, czyżby jednak Mike się uparł?
-Cullen, wyganiałam go nawet na lekcje, ale uparł się i od kiedy cię tu przyniósł nie ruszył się z poczekalni nawet na krok. – GRECKI BÓG, pomyślałam, był tu, został. To niemożliwe. –skoro się już obudziłaś to zawołam go, pewnie się martwi – uchyliła drzwi – możesz wejść chłopcze, obudziła się. – w tym momencie do gabinetu wszedł on, najpiękniejszy chłopak, jakiego do tej pory widziałam
-witaj Am, jak się czujesz?
-ja.. do.. dobrze, dziękuję.. ale co ty tu robisz?
-zostawię was na chwilkę, pójdę po zwolnienie dla was za dzisiaj – uśmiechnęła się szeroko patrząc wymownie na Cullena, po czym wyszła
-..tak mnie przeraziłaś na parkingu, że nie mogłem przejść obojętnie. – zachichotał
-ah, super. - czyli moje kalectwo nie uszło uwadze nawet greckiemu bogu, to oczywiście dodałam już w myślach
-spokojnie, to się często zdarza. Przecież to takie ludzkie by wysiadając z samochodu wywalić się, a podnosząc rozciąć sobie głowę – po sali rozniósł się jego melodyjny śmiech
-dzięki. – mruknęłam – właściwie to długo tu leżę?
-za 20 minut kończy się ostatnia lekcja
-no to pięknie, drugi dzień w szkole, a ja już odwaliłam taki numer
-nie martw się Amy, wszyscy tu umierali ze stresu o twoje zdrowie więc raczej ucieszą się, że żyjesz, a nie będą się śmiać z twojego kalectwa
-skąd wiesz..?
-no przecież siedzę tu bez przerwy od rana, spędzają tu każdą przerwę..
-nie o to pytam.
-więc o co? – na jego twarzy nagle namalowała się niepewność
-skąd wiedziałeś, żeby przywitać się ze mną zdrobnieniem. Każdy używa pełnej nazwy mojego imienia, ty od razu je skróciłeś. Dlaczego?
-przecież nie lubisz pełnej jego formy, mylę się? – uniósł jedną brew do góry szelmowsko się uśmiechając
-nie, właśnie o to chodzi, że się nie mylisz chociaż widzimy się pierwszy raz.. ja nawet nie wiem jak masz na imię, a ty już wiesz jaka forma mojego imienia odpowiada mi bardziej.
-ah, masz rację, straszne faux pas z mojej strony. Nazywam się Edward Cullen
-Amy Swan.
-wiem Amy, wiem.
-znowu to samo. Czyżby twój tata bawił się razem z moim jeszcze za dzieciaka?
-nie Am, to niemożliwe, mieszkamy tu od dwóch lat – zaśmiał się pomagając mi wstać
-wreszcie! Już cię lubię, mam dość tych wspominek, pozdrowień związanych z moim ojcem – do gabinetu weszła pielęgniarka, trzymając w ręce świstek papieru, Edward delikatnie przytrzymywał mnie w pasie
-proszę, tu macie zwolnienia, czy na pewno da pan radę zawieść pannę Swan do lekarza?
-tak proszę pani, mój tata na pewno ją przyjmie, zresztą już do niego dzwoniłem.
-dobrze, idźcie. Za chwile będzie dzwonek i nie wydostaniecie się w spokoju.-podała Edwardowi świstek i uchyliła nam drzwi. On sam objął mnie delikatnie w pasie i wyprowadził za drzwi gabinetu...
-------------------------------------------------------------------------------
No to mamy Edzia ;p Wreszcie dotarłam do punktu, w którym będę mogła się skupić na tym, co dręczy mój umysł od dłuższego czasu - ich losach ; )
Notka wsumie mogłaby być dłuższa bo nie jest dokończona, a bynajmniej planowałam ją skończyć w nieco innym momencie, ale postanowiłam zrobić Wam, kochane czytelniczki mały prezent na święta ; D
Więc przy okazji życzę Zdrowych, Wesołych, spędzonych w gronie najbliższych : )
WESOŁEGO ALLELUJA !
Wasza,
Amy.